Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ghana. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ghana. Pokaż wszystkie posty

sobota, 25 stycznia 2014

Audycja w Radiu Pin

na zdjęciu z prowadzącym audycję, Roderykiem Więckiem.

Zapraszam do odsłuchania audycji, która miała miejsce 15 grudnia (2013 r.) w Radiu PiN, podczas której miałam przyjemność opowiedzieć  swoich doświadczeniach w afrykańskiej Ghanie i fundacji Kadry ze Świata!



link do posłuchania: 

http://www.radiopin.pl/archiwum/PODROZE_Z_GLOBTROTEREM/page/3

GRU15 - Ghana

piątek, 23 marca 2012

z wizytą u Króla Samozwańca

Region: Ghana, Tongo
Sprzęt: Canon XS 100 IS
Okres: 2010

Masz ochotę napić się piwa lub zapalić jointa z królem? Nie ma żadnego problemu. Ale najpierw musisz uzbroić się w cierpliwość  i zdecydować się na upiorną podróż w kierunku wioski Tongo.

Godzina ok. 20. Jesteśmy w Tamale na północy Ghany. Szukamy czegoś co przypomina przystanek autobusowy, z którego możemy ruszyć w kierunku miejscowości Bolgatanga.  
Mija około dwóch godzin  od czasu rozpoczęcia próby dotarcia do celu poprzez analizę mapki z Lonely Planet i wskazówek lokalnych pomocników ( Pamiętajcie – Ghanijczycy to najgorsi przewodnicy świata. Bez wyjątków). Co gorsza,  na północy Ghany zaczyna być już problem z wypieraniem języka urzędowego, którym oficjalnie jest angielski, na coś francusko-lokalnego.
Mamy dość, jesteśmy brudni, zmęczeni i  wkurzeni. Na pocieszenie duszy decydujemy się więc na pocieszenie podniebienia i prosimy pierwszego lepszego taksówkarza o zawiezienie do najbliższego miejsca gdzie możemy zjeść coś innego niż kurczak z ryżem.  Udało się, jedna z podstawowych potrzeb została wreszcie zaspokojona.
Taksówkarz, jako kolejny miły pomocnik proponuje odstawienie nas na przystanek.
Bez nadziei, ale już kompletnie obojętni zgadzamy się.
Wysiadamy na ciemnej ulicy. Nie ma tu niczego. Kompletnie. Ale pojawia się nadzieja. Na „przystanek" schodzi się coraz więc ludzi. To chyba tu? Tak udało się!
Godzina 23:30 opuszczamy Tamale.
Sama podróż nie należała do najprzyjemniejszych. W ghańskich autobusach nie ma  problemu, z tym, że danym pojazdem chce jechać więcej ludzi, niż przewiduje to liczba foteli.  Mieliśmy farta – siedzieliśmy na przodzie autokaru, gdzie z reguły jest najchłodniej (klimatyzacja  jest tylko w autokarach pierwszej klasy, ale te jeżdżą wyłącznie na głównych i bardziej turystycznych trasach) . Wszystkie fotele były już niestety zajęte, dlatego kierowca wyczarował  małe czerwone stołki przypominające nieco nocniczki dla małych brzdąców. Takim krzesełkami wypełniono całą wolną przestrzeń autobusu, jakim było przejście pomiędzy fotelami. Podczas trasy siedząc na takich krzesełkach przesuwaliśmy się w rzędzie kaczuszek raz w tył, raz w przód.. a teraz wyobraźcie sobie jeszcze co się działo jak ktoś z tytułu zechciał wysiąść (…) Dodam, że plecaki trzymaliśmy na kolanach, bo w bagażniku: miejsca brak. 
Podróż trwała kilka godzin. 
A zapomniałam jeszcze dodać, o małej awarii, przez którą musieliśmy koczować przed autobusem około godziny na jakimś afrykańskim końcu świata.
Na koniec uroczą noc w autobusie umilić nam miała jeszcze jedna z uwielbianych przez Ghanijczyków ich państwowa telenowela i teledyski (tu link, żebyście poczuli klimat:   http://www.youtube.com/watch?v=RV0ESpnhUXQ )
Do Bolgatangii docieramy około 4 w nocy.  Nie opłaca się więc brać nam noclegu. Bardzo mało rozgarnięty taksówkarz po okrążeniu całego miasta zawozi nas do willi/pensjonatu gdzie właściciel pozwala nam przeczekać do wschodu słońca w czymś w rodzaju recepcji. Nie spaliśmy, ale odpoczęliśmy, wzięliśmy prysznic i naładowaliśmy telefony komórkowe.
To była ciężka noc. Ale ubaw i frajda z tych absurdów nie popsuła nam humoru.
Słońce. Śniadanie. Ruszamy w drogę.
Pierwszy dzień: Paga Crocodlie Pond – rezerwat krokodyli, które możesz nakarmić żywym kurczakiem, wioska domów glinianych, granica z Burkina Faso i pierwszy katolicki kościół w Ghanie.  
W końcu upragniony nocleg i deszcz, który ochłodził ghański upał.
Dzień drugi. Pobudka rano i jedziemy do Tongo. Jedziemy do króla!
Łapiemy  podmiejski busik, tym razem  już na fotelach J Wysiadamy w szczerym polu, skąd odchodzą tylko dwie drogi. Jedna, w kierunku której właśnie odjechał nasz busik, no i ta druga. Na szczęści spotykamy białych, którzy wracają właśnie z tej drugiej. Nie wiadomo skąd pojawia się „przewodnik”, który mimo naszych odmów, usilnie idzie za (z) nami. Po jakimś czasie się do niego przyzwyczajamy. Opowiada ciekawe historie, które są nawet czasem zabawne. 
Droga do króla i jego wioski miała mieć około 7 km. Niestety przez słońce i nasze kilkukilogramowe plecaki, trasa sprawiała wrażenie jakby nigdy nie miała mieć końca..  Na naszej trasie pojawia się kolejny człowiek. Tym razem nie jest biały. Jego skóra jest czarna jak smoła, usta są wielkie i czerwone, a zęby białe jak śnieg. Teraz gdy sobie przypominam tego Tubylca, od razu na myśl przychodzi mi historia wilka od czerwonego kapturka. Ten jednak nie chciał nas zjeść ale za to niestety bardzo spodobała mu się moja torebka Lacosty (moja głupota, żeby ją zakładać).  Najgorsze, że nowy przybysz miał przypiętą do paska dość sporą maczetę (chyba do ścinania trawy). Ponadto sprawiał wrażenie jakby był pod wpływem czegoś i nie miał zabardzo kontaktu z rzeczywistością.  Nie ukrywam, że puls w moich żyłach przyspieszył prawdopodobnie do swojego maksimum, ale starałam się zachować spokój.  I tu przydał się nasz „przewodnik”. Wykrzykując w obcym języku i grożąc rękoma (wyglądało to tak, jakby zbierało się na porządną bijatykę), po jakimś czasie udało mu się przepędzić Wariata. Uff.  
Dotarliśmy. W  „kamiennej wiosce” znajdowało się już oficjalne biuro (garaż J), gdzie można było wynająć oficjalnego przewodnika.  Nasz obrońca, który podawał się za przewodnika okazał się oczywiście małym ścieminiarzem i z „oficjalnym” przewodnikiem nie miał nic wspólnego. Z racji jednak zaistniałej sytuacji, daliśmy mu symbolicznie kilka dolarów za obronę – zwłaszcza, że w perspektywie mieliśmy powrót do domu tą samą drogą którą przyszliśmy - „Drogą Tubylca”.
Kamienna Wioska jest piękna. Ogromne głazy i kolory otaczającej jej trawy, drzew i kwiatów robią pioronujące wrażenie. Ponadto za czasów niewolnictwa,  wioska stanowiła ukrycie dla wielu czarnoskórych. Z tego powodu w głazach znajdujemy niesamowite ciekawostki i pomieszczenia, jak np. pozostałości po szkole, w której uczyły się dzieci.
Przy skałach znajduje się prawdziwa afrykańska wioska i gliniasto-piaskowy pałac króla. Zabawnym faktem jest to, że prawie wszystkich mieszkańców wioski łączą więzy krwi. Tak, otóż Król ma około 40 żon, a dzieci nikt nie jest w stanie się do końca doliczyć…  
I skucha. Samego króla nie udało nam się spotkać. Aczkolwiek nadmiar wrażeń i poznanie prawie całej jego rodziny sprawiły, że  w gruncie rzeczy wcale nam już nie zależało na tym spotkaniu. Z opowieści przewodnika i innych turystów, spotkania z królem są zazwyczaj podobno  bardzo "fajne". Król to wyluzowany staruszek, który swoich białych gości najchętniej wita alkoholem lub różnymi ziółkami.. 
Nam wrażeń na jeden dzień wystarczyło.  Ku naszej radości, na koniec wyprawy szczęście się do nas uśmiechnęło i okazało się, że w  królewskim busiku turystycznym który odjeżdżał do miasta, zostały 3 wolne miejsca.
Wracamy. A Tubylec już nam nie groźny.  



piątek, 27 stycznia 2012

z wizytą w afrykańskim kościele

Region: Ghana, Kumasi
Sprzęt: Canon XS 100 IS 
Okres: 2010







Jesteś Katolikiem? Ja też. Chodzisz regularnie do kościoła? Ja też nie. (to smutne)
 
Jako dzieci, często zmuszani byliśmy poświęcać regularnie 45 min każdej niedzieli, żeby pójść do kościoła z rodzicami lub innymi członkami rodziny. Zastanówmy się czemu nie robimy tego dzisiaj? 
- Bo nam się nie chce? Ale dlaczego? Czy to że ostatni dzień tygodnia  stanowi jedyną możliwość solidnego odespania po ciężkim tygodniu pracy, szkoły, czy całonocnej imprezy jest powodem, żeby nie wstać przed 12 i przejść te pareset metrów do najbliższego kościoła?
Ja wiem, że nie i jeżeli jesteście szczerzy sami ze sobą, zgodzicie się ze mną w tej sprawie. 
Dla mnie klasyczna katolicka msza to niespełna godzina nudów, tych samych ewangelii powtarzanych w kółko, w monotonny sposób przez ministrantów i innych roboto-pomagierów. Zero emocji, zero patosu i chwili odpoczynku dla mózgu od  skupienia, powagi i koncentracji, które towarzyszą Ci przez cały tydzień.. Idziesz do kościoła, by znaleźć swojego rodzaju pokrzepienie dla ducha. Ja go tam nie znajduje. 

     I szczerze powiedziawszy nie wyobrażałam sobie, że jeszcze kiedykolwiek zmienię zdanie w tym temacie ... Aż wybrałam się na mszę w Ghanie. Miejscowość Kumasi, a dokładniej Kwamo -  malutka afrykańska wioska gdzie krajobraz wypełniają gliniasto-murowane wiejskie chaty, niekiedy bez wszystkich ścian, a pralnie stanowią małe pojawiające się na skutek ulewnych równikowych deszczy kałuże. Jest też dużo czerwono-zółtej ziemi i trochę roślinności. A teraz uwaga! W Kwamo znajdziemy także  2 małe straganiki, boisko gdzie codziennie odbywają się mecze maluchów,  lokalna szkoła, przedszkole, mieszkanie Pana miasta no i Kościół.

     Ghański kościół jest skromny. Nie ma w nim marmurowych posadzek, ani pozłacanych posągów postaci religijnych. Ba, nie ma nawet ścian.
Mamy za to namiot, prawdopodobnie stworzony przy pomocy rąk lokalnych mieszkańców. Jest mnóstwo kwiatów, plastikowe krzesełka, czerwony dywan i mikrofony.  Msza w Afryce to nie 45 minut. Tutaj świętuje się cały dzień. Oczywiście z chwilowymi przerwami z powrotem do domu na obiad czy żeby skorzystać z toalety. Nie ma jednak sztywnie określonych godzin przerw. Każdy wchodzi i wychodzi kiedy chce i nikt nikogo z tego nie rozlicza.
      Zamiast księdza mamy Pastora. A na  mszy towarzyszy nam cała jego rodzina, w tym 5cioro dzieci J  Pastor to wyluzowany człowiek, jakich mało. Ale uwaga! Jest jedna zasada. Na mszy nie przychodzisz tylko siedzieć i śpiewać. Musisz uważnie słuchać, tego o czym mówiło się trakcie mszy. Ponieważ w przerwie, w każdej chwili Pastor może zechcieć uciąć z Tobą krótką pogawędkę, w celu zweryfikowania jaka jest twoja opinia i stanowisko w omawianych kwestiach J Więc jeżeli nie słuchałeś/łaś możesz zaliczyć konkretną wpadkę na oczach wszystkich zgromadzonych.
     Tutaj widzimy prawdziwe emocje. Więcej się śpiewa, niż mówi. A jeżeli się mówi, bo każdy może zabrać głos przeradza to się w głęboką dyskusję, a nie monolog, czy wykład jak to jest u nas. Tu są łzy, śmiech, taniec, i krzyki. Ci ludzie naprawdę przychodzą do kościoła, żeby poczuć bliskość ze swoim Bogiem. Przez ten jeden dzień odłączają się od  trudnej i szarej rzeczywistości.
Biały człowiek, na afrykańskiej mszy to oznaka szczęścia dla  
lokalnych. Z tego powodu, przychodząc na mszę traktowany jesteś w wyjątkowy sposób. Tylko z naszego względu, msza częściowo odbywała się w języku angielskim.
(W normalnych warunkach odbywa się w lokalnym języku Chwi). To niesamowity zaszczyt.
Na tace, istnieje podobnie jak u nas zasada „co łaska”, ale..  jeżeli po zebraniu darowizn od wszystkich uczestników mszy do koszyczka nie satysfakcjonuje Pastora, potrafi on nakrzyczeć na wszystkich wytykając brak lojalności wobec swojego kościoła i Boga! Oczywiście dolary są bardzo mile widziane. Ja dałam niestety tylko 1$, co być może było troszkę nietaktem z mojej strony, jednak drugi banknot który miałam w kieszeni to już 50$  - A to już chyba byłaby nadmierny gest hojności z mojej strony..
      Chrześcijaństwo w Afryce pomimo pozoru trzyma się całkiem nieźle. Oczywiście dominującą religią jest Islam. Jednak istniej kilka państw, które otoczone przez muzułmańskich sąsiadów, kontynuują swoją chrześcijańską tradycję.
Procentowy rozkład wyznawców poszczególnych religii w Ghanie prezentuje się następująco: 
Chrześcijanie 69%, Muzułmanie 16%, Religie rodzime 9%, Inne ok.6%


Polecam stronę:

I.P.